piątek, 5 maja 2017

"Boję się o tym mówić, ale to chyba moja najlepsza powieść" - w rozmowie z Magdaleną Witkiewicz

Fot. Katarzyna Gapska


10 maja ukaże się Twoja najnowsza powieść "Czereśnie zawsze muszą być dwie." Podobno tytuł zrodził się przypadkowo podczas prac ogrodowych. Opowiesz nam o tym? 

Może „prace ogrodowe” to zbyt dużo powiedziane. Moi rodzice mają dom i ogród. Kilka lat temu chcieli posadzić drzewa owocowe. Tu jabłoń, tam wiśnie, tam czereśnię. I mój tata mówi do ogrodnika „Panie Janie, a tam posadzimy jedną czereśnię”. Na to pan Jan od razu „Ależ czereśnie muszą być dwie!”. I tak to jedno krótkie zdanie zainspirowało mnie do wymyślenia historii. Przez te lata pomysł ewoluował, najpierw fabuła miała przebiegać trochę inaczej, ale zamysł pozostał. 


Piszesz, że drzewo czereśni potrzebuje innego drzewa, aby rosnąć i dawać owoce. Tak jak człowiek, gdy kocha – rozkwita. A jeżeli ktoś otwarcie przyznaje, że nie interesują go związki, a relacje między ludźmi rodzą wyłącznie konflikty. Czy to znaczy, że oszukuje samego siebie? 

Myślę, że w życiu nie unikniemy relacji z innymi ludźmi. Zawsze jest ktoś obok nas. I chyba lepiej, by te relacje były miłe, dobre, niż powodujące stres. Może ktoś, kto tak mówił, nigdy nie kochał naprawdę? A może kochał bardzo i się sparzył i nie chce nawet myśleć o miłości. Co do konfliktów - też są potrzebne. Ja wierzę, że wszystko, co nas w życiu spotyka, spotyka nas „po coś”. Czasem nie wiemy dokładnie, po co, to przychodzi do nas później. Nie znam nikogo, kto w momencie, gdy był zakochany, z wzajemnością, nie był szczęśliwy. Potem wiadomo - różnie bywa. Ale każda moja zakochana koleżanka młodnieje o dobre kilka lat, wygładzają jej się zmarszczki i roztacza wokół siebie aurę dobrej energii!

Zawsze może zakochać się ponownie we własnym mężu, ale czy wtedy też wygładzają się zmarszczki?

Można! Tak sobie myślę, że ten jedenasty rok mojego małżeństwa jest najlepszy. Patrzę pozytywnie na życie, ale czasem też tupię nogą. A zmarszczki? Cóż. Chyba kiedyś napisałam, że te zmarszczki to ja. Każdy uśmiech, każdy płacz i grymas. Historia opisana na mojej twarzy.

"Czereśnie zawsze muszą być dwie" to powieść o miłości i przyjaźni, ale podszytej błędami. Jakie problemy poruszasz w tej powieści? 

Teraz to muszę się zastanowić. Bo pisząc powieść, nigdy nie zastanawiam się, jakie problemy będę poruszała. Fabuła płynie i bohaterowie po prostu żyją w mojej głowie, a ja to potem opisuję. W „Czereśniach” opisuję grzeczną dziewczynkę, wobec której rodzice mieli zbyt duże wymagania, przyjaźń która nie zna wieku, miłość, śmierć, zdradę. Tak sobie myślę, że w tej książce jest po prostu życie. Problemy, które nas dotykają i dotykają ludzi, których mijamy codziennie na ulicach. 

Te zbyt duże wymagania, o których wspominasz, dotyczą przecież miłości macierzyńskiej. Pokazujesz, że można kochać prawdziwie miłością wymagającą. Nie jest to uczucie gorsze, po prostu inne. Bohaterce było przez to trudniej?

Kiedyś przeczytałam artykuł o bezstresowym wychowaniu. Jednak to nie działa. Dzieciom trzeba stawiać granice, choćby im się chciało dać gwiazdkę z nieba. Ja chyba stawiam zbyt małe. Jestem za mało konsekwentna, ale moje dzieci odnajdują się w tym świecie, nie stwarzają problemów i są grzeczne. Czasami:) Uważam jednak, że zbyt duże wymagania i oczekiwania mogą prowadzić do frustracji. Gdy rodzice stawiają poprzeczkę, a ty już do niej doskakujesz, jest podnoszona wyżej. To boli i prowadzi do braku akceptacji samego siebie i braku pewności życia. Ja chcę by dzieci były szczęśliwe. I chyba są!

Oprócz wątku współczesnego zdecydowałaś się na powrót do przeszłości. Konkretnie do Rudy Pabianickiej lat 30-stych. Czy pomysł rzeczywiście zrodził się na jednym ze spotkań autorskich? 

Tak! Przy okazji promocji którejś z moich książek zostałam zaproszona do Empiku w Łodzi. Opowiadałam wtedy czytelnikom o mojej książce. Zastanawiam się, gdzie umieścić jej akcję. Czytelnicy, a właściwie czytelniczki, zareagowały natychmiast: 
- Jak to gdzie? W Łodzi! - W Łodzi? No nie wiem, potrzebny mi jakiś stary dom... – powiedziałam nieśmiało. - Mamy stare domy! Na przykład w Rudzie Pabianickiej! - Tylko to tak daleko, ciężko pojechać na dokumentację… Bo ja wszędzie z dziećmi... - Zaopiekujemy się! - I potrzebny mi las... - Posadzimy! Ruda Pabianicka zaczęła mi kiełkować w głowie. Najpierw „na sucho”. Dużo czytałam, przeglądałam forum Sympatyków Rudy Pabianickiej, rozmawiałam z wieloma osobami, kupiłam jakieś dwadzieścia kilo książek o fabrykantach, Rudzie Pabianickiej i Łodzi, drugie tyle o Polsce w latach międzywojennych. Później spędziłam kilka dni w Łodzi z mamą i dzieciakami. Zakochałam się w tym mieście. Mieszkaliśmy w pięknych, pofabrycznych loftach blisko Księżego Młynu, zwiedzaliśmy codziennie inną część Łodzi. Muzea, ulice, piękne, industrialne wnętrza. Bardzo nam się podobało. Ale wtedy jednak nie byłam do końca przekonana. Potem jeszcze raz pojechałam w tamte rejony. Tym razem z mężem. Ponownie odwiedziliśmy muzeum włókiennictwa, pojechaliśmy również do Rudy. Gdy zobaczyłam willę Zaurów, całym sercem poczułam, że moi bohaterowie chodzili właśnie tamtymi ścieżkami.

"Czereśnie zawsze muszą być dwie" to kolejna Twoja książka dająca nadzieję i przyjemnie dotulająca, tym razem zapachem kwitnącej czereśni. Lubisz tę powieść?

Bardzo, bardzo lubię! Boję się o tym mówić, ale to chyba moja najlepsza powieść. A na pewno najlepiej i najdłużej przemyślana.

Fantastyczna rekomendacja od samej autorki. Więcej mi nie trzeba. Dzięki!

TOP