niedziela, 26 czerwca 2016

Autorskie gafy i inne pomyłki - Felieton Agnieszki Walczak-Chojeckiej

Fot: Joanna Sibilska Atelier21


Nie od dziś wiadomo, że tak zwani twórcy bywają mocno roztargnieni i noszą głowę w chmurach. Ja na przykład urodziłam się z jakimś defektem, może z osłabioną jedną półkulą mózgową, albo czymś w tym rodzaju, bo gafy zdarza mi się popełniać dość często. Czasem podejrzewam, że to wina mojego ojca - artysty i genów, które po nim odziedziczyłam.


No, bo czego tu się spodziewać skoro mój tata nieraz wychodził na spacer z psem bez psa, szedł na uczelnię, na której wykładał, z brodą podstrzyżoną tylko z jednej strony i do dziś zdarza mu się nie rozpoznawać dobrze znanych sobie ludzi. Tylko, że on w ramach swoich licznych artystycznych działań jest też poetą, a ja?... Zwykła prozaiczka, więc z prozą życia powinnam być za pan brat. A jednak już w czasach pracy w korporacji zdarzało mi się wsiadać w samochód z zamiarem dotarcia w jakieś konkretne miejsce, a dojeżdżałam zupełnie gdzie indziej. Mój mąż, człowiek rozsądny i poukładany, nieraz nie mógł wyjść ze zdumienia, gdy na bankietach przedstawiałam się po raz enty osobom, z którymi już kilka razy wcześniej się poznawałam.

Pewnego razu, gdy wchodziliśmy do restauracji, w której odbywało się służbowe przyjęcie (byłam wtedy szefem marketingu w dużej firmie), podeszło do mnie dwóch elegancko ubranych mężczyzn. – No, jak tam nasza sprawa, pani Agnieszko? – spytali. Spojrzałam na nich błędnym wzrokiem. Mąż ścisnął mnie nerwowo za rękę, a ja stałam wpatrując się w dżentelmenów jakby odebrało mi mowę. - Byliśmy dziś u pani na spotkaniu i rozmawialiśmy o naszym projekcie przez dwie godziny… - bąknął jeden z nich. Kurtyna.

Do czego jednak zmierzam? Otóż odkąd porzuciłam biznesowe życie i zajęłam się pisaniem książek, jest ze mną jeszcze gorzej. Nieraz zdarza mi się zapomnieć o gotującej się zupie, czy o wyjęciu z pralki prania, odpowiadam na pytania córki, nie wiedząc co mówię, a potem dziwię się, że na coś się zgodziłam. To jednak drobne sprawy. Gorzej jest, gdy po spotkaniu autorskim podchodzi do mnie ktoś znajomy z książką, bym wpisała mu autograf. Podaje mi ją i… czeka. A ja mam nagle w pamięci wielka dziurę. No, przecież znam tę osobę, jeszcze przed chwilą pamiętałam jak ma na imię! Naprawdę pamiętałam. Czuję narastającą panikę. Przez chwilę mam jeszcze nadzieję, że może czytelnik ma zamiar dać moją książkę komuś w prezencie, więc pytam: - Dedykacja ma być dla…? – Dla mnie – odpowiada uśmiechnięty. No i jestem ugotowana!

Największą plamę dałam jednak niedawno. Od dłuższego czasu chciałam poznać ONA CZYTA - autorkę strony na Facebooku, która z prawdziwym wdziękiem i znajomością rzeczy pisze o książkach wydawnictwa Filia i ich autorach, a więc i o mnie. Wcześniej miałyśmy wyłącznie kontakt mailowy, ale wiedziałam, że Justyna ma się pojawić w Ząbkowicach Śląskich na Festiwalu Czas na książki zorganizowanym przez blogerkę Sylwię Winnik, na który wybierałam się jako autorka. Przygotowałam dla niej swoją najnowszą powieść „Nie czas na miłość”, zrobiłam ładny wpis i planowałam, że podaruję jej książkę gdy się spotkamy.

Był piękny dzień, świeciło słońce. Na ząbkowickim rynku przed gmachem biblioteki rozstawiono krzesła, na których zasiedli zaproszeni na festiwal autorzy oraz goście. Kilka czytelniczek radośnie się ze mną przywitało i spytało czy mam może swoją najnowszą książkę, bo chciałyby ją kupić. Jedna z nich wyjątkowo miło się do mnie uśmiechała, co potraktowałam jako sygnał, że powinnam ją rozpoznać. Odtworzyła mi się w pamięci klapka i stwierdziłam: no tak, to przecież czytelniczka, którą znam z Facebooka i już kiedyś miałam okazję spotkać na żywo. Te ciemne włosy, skrzące oczy…wszystko się zgadza.

Po skończeniu paneli dyskusyjnych, organizatorzy zabrali nas autorów na wycieczkę do pobliskiej kopalni złota. Żałowałam, że tak szybko musimy rozstać się z czytelnikami, ale co było robić, złoto ważna sprawa? Zagadnęłam Krystynę Mirek, która też jest autorką Filii, czy widziała może Justynę, bo ja niestety nie miałam okazji się z nią poznać i myślałam, że nie przyjechała. Ku mojemu zaskoczeniu, Krysia stwierdziła, że z nią rozmawiała. Inna z koleżanek pokazała mi zdjęcie tajemniczej Ona Czyta. I wtedy mnie olśniło! Nie dosyć, że nie wyściskałam odpowiednio autorki tekstów promujących moje książki, to jeszcze zamiast dać jej w prezencie…, sprzedałam jej swoją powieść! – Jesteś mistrzynią handlu – śmiała się ze mnie Krysia. – Następnym razem sprzedasz książkę właścicielkom Filii. Hm… Zgadnijcie jak się czułam?

Nie wiem co jeszcze może mi się przytrafić przez moje roztrzepanie, ale jeśli kiedyś spotkacie mnie na jakiejś imprezie i będziecie pewni, że powinnam Was rozpoznać, bo kiedyś już się poznawaliśmy, wybaczcie jeśli będę miała głupią minę i zakrzyknę, że muszę wracać do domu, bo nie wyłączyłam żelazka. To może nawet nie być wymówka.

Agnieszka Walczak-Chojecka

TOP