sobota, 14 maja 2016

Rytuały, czary-mary…


W ciągu ostatniego miesiąca na trzech spotkaniach autorskich, w trzech różnych zakątkach Polski, trzy osoby w bardzo różnym wieku (nie wszystkie rodzaju żeńskiego!) zadały mi to samo pytanie. Wszystkie chciały wiedzieć, czy mam jakieś rytuały, bez których nie jestem w stanie napisać książki. Sugerowano różowy peniuar i długiego papierosa, ukochaną płytę włączaną o świcie, żeby wprowadzić się w odpowiedni nastrój, popijanie absyntu albo koniaczku, odprawianie magicznych ceremoniałów mających wezwać kapryśne natchnienie, czy wreszcie kilkutygodniowe pobyty w domu pracy twórczej.


Takie pytania nie powinny dziwić… W końcu pisarze słyną z ekscentryczności i nietypowych obyczajów. Georges Simenon, twórca komisarza Maigreta, którego uwielbiałam jako 13-latka, nie zmieniał ubrania dopóki nie skończył pisać książki. Na szczęście pisał bardzo szybko, ponad 50 stron dziennie – a więc nosił wysłużone stroje raczej przez kilka czy kilkanaście dni, niż całymi miesiącami.


Nabokov pisał codziennie w tym samym rytmie: najpierw na stojąco przy blacie, potem na siedząco przy biurku, i wreszcie, pod wieczór, w pozycji półleżącej na kanapie.


Virginia Woolf najchętniej pisała fioletowym atramentem, a Friedrich Schiller pracował wyłącznie nocą, mocząc nogi w lodowatej wodzie, żeby nie zasnąć. W szufladzie zaś trzymał zgniłe jabłka, których aromat uważał za szalenie inspirujący.


Współcześni polscy pisarze też mają swoje rytuały. Joanna Bator pisze zawsze ubrana w kimono, z dzbankiem herbaty na biurku. Marek Krajewski włącza na smartfonie specjalną aplikację, a w niej minutnik ‘praca’, nastawiony na sześć godzin. Kiedy coś oderwie go od pisania, przełącza komórkę na drugi minutnik, o nazwie ‘rodzina’. A potem dalej odpracowuje swoje założone sześć godzin.


Takich przykładów są setki. Przyznaję, że też lubię czytać o obyczajach pisarzy – im dziwaczniejszych, tym lepiej. Sama niestety jestem pod tym względem beznadziejną nudziarą. Nie mam żadnych rytuałów. Piszę w każdej chwili, gdy tylko znajdę czas. Minuta, dziesięć minut, czy może dwie godziny? Bez znaczenia. Czasami wystarczy dziesięć sekund, żeby zapisać jakąś myśl, jakieś zgrabne (oby!) zdanie, lub jego zaczątek… zasłyszane w autobusie imię czy zabawny związek frazeologiczny… Coś, co kiedyś – jeśli będę miała szczęście – zamieni się w mały, uroczy akapicik….


Ja nawet – o zgrozo! – nie mam biurka! Piszę gdzie popadnie, gdzie uda mi się przycupnąć z notebookiem, notesem, kawałkiem kartki. W poczekalni u dentystki, w pociągu, w kawiarni, na plaży… W domu chodzę między pokojami i kuchnią z komputerem i tam, gdzie akurat jest najspokojniej, przysiadam i zapisuję kilka zdań. Moim miejscem, odpowiednikiem biura, jest wygnieciona kanapa i maleńki stoliczek do kawy, na którym stawiam notebooka (kawa wtedy już się na nim nie mieści, stoi więc na podłodze, albo na miękkiej kanapie, umoszczona między poduszkami, gdzie chybocze się niebezpiecznie przy każdym uderzeniu w klawisze)…


Równie często jak na komputerze, piszę ręcznie. Mam zawsze specjalny notes lub zeszyt, tylko do tej jednej, konkretnej książki… z okładką, która pasuje do niej obrazkiem, kolorem, nastrojem… Ale też mam zwykle przy sobie pięć innych notesów, do których trafiają pilne notatki do książki obecnej, i czterech przyszłych… Albo całe strony tej aktualnej, wymyślone w autobusie, w łazience, w kolejce do kasy w supermarkecie, albo w łóżku… Tam, kiedy już zasypiam, często nagle wpada mi coś do głowy i domaga się zanotowania teraz, natychmiast… bo do rana przecież ucieknie. Doprowadziłam też do perfekcji umiejętność pisania na konferencjach, spotkaniach, wykładach – tak, żeby osoby, które na mnie patrzą, były przekonane, że notuję w skupieniu mądrości spływające z ich ust…


Do niedawna czułam się nawet taką trochę nieprawdziwą pisarką… pisarką mniej… bo co to za pisarz bez biurka, bez rytuałów, bez swojej samotni? Czy samotnią może być cały świat? Czy da się pisać w takich warunkach coś wartościowego?


Moje samopoczucie zmieniło się dzięki prezentowi gwiazdkowemu. Dostałam od mamy (to znaczy, od Świętego Mikołaja… czyli Gwiazdora… czyli, jak twierdzi moja mama, od Aniołka) grubą książkę zatytułowaną „Sekretne zapiski Agaty Christie”. Jej autor, John Curran, był jedną z bardzo nielicznych osób, które miały dostęp do 73 zeszytów i notatników należących do królowej kryminałów. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że tworzyła ona bez ładu i składu, gdzie popadło, zapisując jedno rozwiązanie zagadki ze swojej słynnej książki w jednym notesie, a rozwiązanie alternatywne, jakąś scenkę czy dialog do tej samej powieści, w zupełnie innym zeszyciku. Zmieniała bohaterom imiona i nazwiska, przesuwała ich między książkami, przebudowywała gotowe intrygi, śmiała się z przywar niektórych bohaterów… I wcale nie miała w głowie gotowego planu całej powieści, kiedy siadała do pracy. Czytałam tę książkę z wypiekami na twarzy. Niedługo pewnie znowu do niej wrócę. 

A następnym razem, zapytana o rytuały, czary-mary i o to, jaki mam system pracy, nie odpowiem już wcale, że nie mam ani systemu, ani żadnych (najmniejszych choćby) rytuałów. Wyjaśnię za to z uśmiechem, że ja po prostu „preferuję styl pracy rozwinięty przez Agatę Christie”. Brzmi to chyba całkiem nieźle?

Liliana Fabisińska



TOP